PODSTAWOWE INFORMACJE O HISTORII I BUDOWIE ZEGARKÓW
Odpowiedz do tematu

:
Muzealny filmik o działaniu zegarka:
http://www.youtube.com/wa...feature=related

J.

:
A tu trochę nowszy, też o działaniu ;)
http://www.youtube.com/watch?v=Vt6yd4GSqlU

The future will start tomorrow, not today.

G. Gerlach - polskie zegarki
:
I dalej z tej mańki
http://www.youtube.com/watch?v=dao0mbAbNLE

Bo każdy z nas ma tu jakąś swoją niszę. Jeden lubi kwarce, inny vintage. Inny tworzy tarcze sygnowane swoim inicjałem. I piękno pasji polega na tym, że wszyscy się tu mieszczą i wszyscy wzajemnie swoją pasję szanują.
:
Ilustrowany traktat o budowie prostego mechanizmu zegarkowego, szkiełka i pióra kumotra Spama:
http://www.chinawatches.p...p=469275#469275

Polecam.

Gb.

[ Dodano: 2014-05-14, 20:37 ]
Do znanego Kumotrom hasioka dorzuciłem "Jacob - werk erkennung teil 1", czyli stary podręcznik rozpoznawania werków. Tom 2 w skanowaniu.

Gbourek.

[ Dodano: 2014-11-05, 19:13 ]
Zegarki elektryczne:

http://electric-watches.co.uk/

Na pewno nie wszystkie typy konstrukcji, ale dobrze wyłożone i sporo interesujących przykładów.

G.

[ Dodano: 2014-11-05, 19:21 ]
Kurde.
Na "trąbie słonia" dewotki czwarty dzień rajcują o wyższości kozaczków Martensa mad tymi tam drugimi. Frekwencja jak przy alkoholach w Biedronce. Tu - gorzej niż przy straganie z papieżami z modeliny w Dzięgielowie.

Może by zmienić nazwę tematu na manicure? :D

Gbou.

:
Czas jak powietrze.

Sygnały czasu, czyli oznajmianie otoczeniu upływu jego przyjętych jednostek, jest równie dawne jak sama rachuba czasu. Pierwotnymi sygnałami czasu są konsekwencje ruchów Ziemi: zmiana dni i nocy, wędrówka Słońca po niebie oraz cykl pór roku.

Póki plemiona koczownicze wędrowały sobie pogodnie w zgodzie z przyrodą za zwierzyną i ciepłem, wszystko było w porządku. Ale ludziska się wycwanili: zaczęli budować osady, dzielić się rolami w grupie, handlować. Potrzeby organizujących się społeczności zrodziły różne sposoby określania upływu czasu, dokładniejsze od obserwacji pór doby. No i oczywiście sygnalizowania tych pomiarów.
W rezultacie każde większe skupisko ludzkie posługiwało się własnym czasem lokalnym, wyznaczanym z reguły przez moment górowania Słońca, czyli najwyższego jego położenia nad horyzontem. Stosowanie czasu lokalnego połączone jest w praktyce z dużymi utrudnieniami, ponieważ zmienia się on wraz ze zmianą miejsca na powierzchni Ziemi.
Pierwsze zegary, ogniowe i wodne, dawały proste sygnały dźwiękowe, na przykład ciężarków spadających do metalowej misy. Późniejsze publiczne zegary mechaniczne były umieszczane w miejscach z daleka widocznych i sygnalizowały upływ czasu dźwiękiem dzwonów. Modne było także odpalanie dział o wyznaczonym czasie, wygrywanie melodii na trąbce itp (w wielu miastach te tradycje są żywe do dziś).
Do tego dochodziła rozmaitość konwencji rachuby czasu: różna liczba godzin na dobę, godziny zmiennej długości, pomiar czasu tylko w dzień (zgodny z zegarami słonecznymi) i temu podobne. Ślimacze tempo ówczesnych podróży lądowych nie nagliło jakoś szczególnie do uporządkowania spraw rachuby czasu w obrębie średniowiecznych i renesansowych państw i państewek. Połączenia pocztowe załatwiały sztafety konnych kurierów i mniej lub bardziej kulawe połączenia stałe, utrzymywane za pomocą koszmarnych pudeł na kołach, zaprzężonych w nieświadome swej historycznej misji chabety. 50 kilometrów dziennie uznawano za zawrotną prędkość.
System przy okazji dawał pożyć przydrożnym drobnym bandziorom, a w efekcie także i bandziorom większym i usankcjonowanym, czyli bankom.

Ciekawe, że państwowe sieci telegrafu (wówczas optycznego) powstały w krajach, w których sprawę koordynacji czasów strefowych załatwiała silna władza centralna. Tak na przykład pierwsza sieć telegraficzna, francuski system semaforów Chappego, działał od roku 1792 do 1850. W szczytowym okresie rozwoju liczył 556 stacji i obejmował 4800 kilometrów połączeń w całej Francji.
Prusy i niektóre kraje niemieckie miały własne systemy telegrafu optycznego. Szwedzka sieć telegrafów klapkowych Edelcrantza istnieje do dziś, co prawda w postaci jednego odcinka, czynnego w weekendy jako atrakcja turystyczna.
Pewnie chcecie spytać co u licha mają archaiczne depesze do przekazywania czasu na odległość. Otóż po pierwsze w starych systemach telekomunikacyjnych depesze były przekazywane między kolejnymi posterunkami (stacjami). Każdy posterunek zapisywał czas odebrania, odczytywał depeszę i nadawał ją dalej w wymaganym kierunku. W tym celu posteunki mające wiarygodne źródło czasu regulowały czas na innych stacjach swojego odcinka. Jak dobrze popatrzyć, do dziś wszystkie systemy telekomunikacyjne potrzebują synchronizacji z dokładnym wzorcem czasu. Może w trochę innym sensie, ale potrzebują tego znacznie bardziej, niż wówczas.

Jak widać, potrzeba uzgadniania rachuby czasu, czyli synchronizacji, na obszarze większym, niż słyszalność dźwięku dzwonów wynikła z konieczności rozwoju łączności i transportu – rzeczy zasadniczych dla gospodarki. A ta globalizowała się powoli i nieubłaganie. Nie trzeba być entuzjastą ogólnoświatowych konsorcjów, by dostrzec, że ruchy antyglobalizacyjne są przykładem wyjątkowo spóźnionej pobudki. Liczba ludności rosła wszędzie, a wszyscy chcieli zarabiać. Ot, kolejne „prastare prawo przyrody, co nie zna kary, ni nagrody, a jedynie konsekwencje.”

Niezbędność dokładnego czasu w podróży była najbardziej paląca w nawigacji morskiej, albowiem umożliwia pomiar szerokości geograficznej, czyli południka na którym osoba, dokonująca pomiaru, właśnie się znajduje. Zasadniczo statek lub okręt przebywa na morzu, przed epoką radia skazany na własne zasoby, także zasoby dokładnego czasu. Właściwie do wprowadzenia systemów radionawigacyjnych w nawigacji morskiej rządził chronometr nawigacyjny, ustawiony na czas południka uznanego za zerowy, czyli czas Greenwich, który, nawiasem mówiąc, powoli został na całym świecie uznany za czas standardowy.
W obserwatorium Królewskim w Greenwich działał precyzyjny teleskop zenitalny, służący wyłącznie do wyznaczania dokładnego czasu „zerowego”. W roku 1833 na budynku obserwatorium, wówczas widocznym z całego ujścia Tamizy i doków londyńskich, postawiono maszt, na wierzchołku którego umieszczono dużą czerwoną kulę (The Time Ball). Każdego dnia punktualnie o godzinie 13:00 uruchamiano mechanizm zwalniający zaczep kuli, która pod wpływem sił grawitacji opadała swobodnie kilka metrów w dół. Dla zgromadzonych u ujścia Tamizy statków był to sygnał do regulowania przez kapitanów swoich chronometrów przed wyjściem w morze. Niedługo później, w roku 1876, cesarskim rozkazem takąż służbę utworzono także w Hamburgu: biało - czarną kulę o średnicy 1m podnoszono powoli od 11.50 i punktualnie o 12 opuszczano w dół.
Tak przy okazji: kulę czasu w Świnoujściu (Swinemünde) uruchomiono w roku 1879, a kulę w gdańskiej latarni morskiej Nowy Port (Danzig - Neufahrwasser) w 1876. Od 2008 kula czasu na latarni Nowy Port działa ponownie. Opada codziennie o godzinie 12, 14, 16 i 18.

I w tym miejscu w tak dotąd dostojną dziedzinę sygnałów czasu wkraczają prozaiczne przewody elektryczne, albowiem urządzenie w Hamburgu było uruchamiane elektrycznie, kablem z siedziby Sternwarte, hamburskiego obserwatorium. A 8 lutego 1879 nastąpiło zdalne odpalenie armaty, ustawionej przed Royal Canadian Institute w Ottawie, przez sygnał wysłany przez precyzyjny elektryczny zegar wahadłowy w obserwatorium w Greenwich.
Telegraf elektryczny, którego połączenia rozrastały się wzdłuż arterii komunikacyjnych od pierwszej połowy XIX wieku, w sposób naturalny stał się siecią dystrybucji czasu. To linie telegraficzne zapewniały drogę przesyłową dla prądu elektrycznego, który robił te cuda. No i sama wymiana depesz wymagała odnotowania czasu odebrania przez każdą stację telegraficzną, kierującą ją do odbiorcy.

Właściwie ideę czasu uniwersalnego i przewodową transmisję informacji o aktualnym czasie zawdzięczamy kolei żelaznej, demonowi prędkości wieku XIX. To właśnie potrzebą utrzymania rozkładów jazdy i planowania ruchu spowodowała wprowadzenie czasu kolejowego. A dokładniej czasów kolejowych, albowiem przez długi czas każde towarzystwo kolejowe miało własny, zwykle będący czasem strefowym punktu centralnego linii.
Nawiasem mówiąc, jeszcze w początkach XX wieku, w Warszawie, między dworcem kolei warszawsko – wiedeńskiej a dworcem kolei petersburskiej, różnica obowiązujących na owych kolejach czasów wynosiła 37 minut.

Kwestia utrzymania dokładnego czasu na całej linii i w pociągach była trudna. W praktyce zajmowali się tym specjalni funkcjonariusze, podróżujący wzdłuż przydzielonych im odcinków linii i regulujący zegary stacyjne oraz zegarki konduktorów i maszynistów według przydzielonych im zegarków służbowych. Działanie takiej „sieci czasu” było oczywiście zawodne, bo i ludzie, i zegary bywali różni, a systemy zabezpieczenia ruchu kolejowego dopiero rodziły się w głowach inżynierów.
Jeśli chodzi o same zegarki dla kolejarzy, to pierwsze specyfikacje „zegarka kolejowego” sformułował zegarmistrz i przedsiębiorca z Cleveland, Webb C. Ball, wcześniej znany z regulowania zegarów w swym sklepie według telegraficznego sygnału czasu z Obserwatorium Marynarki w Waszyngtonie. Po dużej katastrofie kolejowej w 1891, spowodowanej zatrzymaniem się zegarka maszynisty, Ball został zatrudniony przez jedną z głównych spółek kolejowych jako główny inspektor czasu. Jego zadaniem było sformułowanie standardów konstrukcyjnych i dokładności oraz systemu utrzymania zegarków kolejowych. Ball opracował dokładne zalecenia konstrukcyjne dla zegarków „railway grade”, a ponadto opracował i wdrożył na podległych mu liniach procedurę ustawiania zegarów wzorcowych przy pomocy impulsów elektrycznych, przesyłanych liniami telegraficznymi.

Zalecenia Balla przyjęli główni producenci amerykańscy, na czele z Sethem Thomasem, Elginem, Hamiltonem i Walthamem.
Problem jakości zegarków służbowych, możliwych do zastosowania w kolejowym systemie czasu, dotyczył także Europy. I to jeszcze bardziej dotkliwie, niż Ameryki. Po pierwze w Europie było znacznie więcej towarzystw i linii kolejowych, więcej stacji, no i więcej granic państwowych. Ponadto dominujący producent przyrządów czasu, przemysł szwajcarski, jechał wyłącznie na dawnej renomie. Raport szwajcarskiej komisji sędziowskiej z międzynarodowej wystawy w Filadelfii w 1876 przedstawia szwajcarską jakość raczej w ciemnych barwach. Nie powinno zatem dziwić, że zaleceniom Balla przyklasnęły tacy producenci szwajcarscy, jak Audemars Piguet, Gallet, Longines, Record i Vacheron Constantin.
Tak przy okazji: obecnie nazwą Ball posługuje się szwajcarsko – amerykańska manufaktura zegarmistrzowska, hołdująca tradycji kolejowej. Smaczny szczególik: wytwórnia Balla mieści się w Chaux de Fonds, mieście w którym odbyło się spotkanie komisji, rozpatrującej raport z wystawy filadelfijskiej.

Tak to kolej żelazna, z początku polegająca na podróżujących panach z kieszonkowymi cebulami. dała impuls do gwałtownego rozwoju sieci połączeń telegraficznych. Po pierwsze i zasadnicze zwykłe, komercyjne linie telegraficzne były nieliczne; budowano je wtedy, gdy obiecywały szybki zysk. Za to kompanie kolejowe utrzymywały własne łącza wzdłuż ważniejszych linii kolejowych, służące przede wszystkim zabezpieczeniu ruchu pociągów i komunikacji służbowej. Oczywiście w wolnym czasie przekazywały one także depesze klientów.
Z drugiej strony nic tak nie pobudzało przemysłu i handlu w okolicy jak połączenie kolejowe. A to z kolei zwiększało popyt na usługi telegraficzne, a na krótszych dystansach telefoniczne. W efekcie krajobraz świata wzbogacił się o malownicze przewody napowietrzne na słupach, a w wielu miastach tysiące przewodów przysłoniły niebo. No i już w roku 1905 Amerykanie chwalili się, że Obserwatorium Marynarki w Waszyngtonie telegraficznie synchronizuje 70000 zegarów w USA.
Co do sytuacji w rozdrobnionej Europie, ciężko dotrzeć do danych; w samych Prusach według państwowego wzorca elektrycznie uzgadniano około 15 000 zegarów w urzędach, na kolejach, w wojsku itp.

Przy ówczesnym stanie techniki stałe synchronizowanie oddalonego zegara było niedogodne i kosztowne, wymagało albowiem stałej linii telegraficznej, służącej tylko do tego celu. Za to bez wielkich starań można było osiągnąć dokładność pojedynczego impulsu synchronizującego rzędu 0,1 sekundy. W początkach XX wieku w większości codziennych zastosowań, jedną sekundę uważano za moment bez znaczenia.
Od końca XIX wieku najpospolitsze są sieci czasu, złożone z centrali czasu z dokładnym zegarem i zegarów wtórnych, połączonych z nią przewodowo. W starych sieciach, spotykanych na stacjach kolejowych i w budynkach publicznych, centrala wysyłała do zegarów impulsy minutowe, a elektromagnes w zegarze wtórnym posuwał wskazówki o minutę. Zegar centrali uzgadniało się automatycznie z linii telegraficznej lub częściej ręcznie.
Proste i piękne. Tyle, że gdy pojawił się błąd zaczynała się zabawa. Jeśli było to drobne przyspieszenie wystarczyło ręcznie dać impuls nieco wcześniej, jeśli spóźnienie – dać impuls lub dwa „górką”. Ustawienie czasu na zegarach po dłuższej przerwie też dawało się załatwwić z fotela: centrala zwykle zawierała prosty generatorek, który dawał impulsy minutowe co sekundę.
Ale leżeli zdarzyło się, że czasy na zegarach się różniły, ktoś musiał wziąć drabinę i to poprawić.

Ale nadal najpopularniejszym źródłem czasu dla zwykłego człowieka był zegar publiczny. Telefoniczna zegarynka była dla tych, co mieli dostęp do telefonu. Z początku wystarczało podnieść słuchawkę i spytać - czas podawała telefonistka z centrali ręcznej. Zegarynki automatyczne skonstruowano dopiero w latach dwudziestych XX wieku.

W początkach XX wieku nadszedł czas tytułowego czasu z powietrza. Ale o tym już w następnym odcinku.

Gbou.

:
Wielkie dzięki dla Pana Profesora Gburczysława za tak pouczający i ciekawy wykład.

:
Och, Svedissimusie, nie trzeba :D

O'Gburek.
Dziś kwaszony

:
Towarzystwo zaniemówiło z wrażenia ... Svedos musiał ratować sytuację. :D

Przeczytałem z dużym zainteresowaniem (2x :oops: ) :)

Kontekst ... hmmm ... "telekomunikacyjny" dla mnie mało znany ... w końcu lepiej rozumiem znaczenie i funkcje zegarków kolejowych.

Czekam na więcej. :)

pifko

:
Można wspomnieć że problem równoczesności czasu miał wpływ na powstanie ogólnej teorii względności,AE pracował w urzędzie patentowym i zajmował się patentami związanymi tym zagadnieniem i uważa się że miało to wpływ na powstanie w/w teorii.

Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie.
:
Postaram się by następne odcinki były ciekawsze.

Gb.

:
Hop

Nie oceniaj człowieka po tym gdzie pije, ale ile może wypić! :))
:
Ciekawy tekst, Panie Gburek.

'Cause I got this crazy way... crazy way I'm swimming in still waters
:
Doszliśmy do wynalazku, zdolnego podawać nam różne informacje, w tym aktualny czas, niezależnie od naszego położenia i tego, czy jesteśmy w ruchu i jak szybko się przemieszczamy. Czyli do radia.

I tutaj jestem w kropce: założeniem artykułu było po pierwsze nie truć. Ale gdyby chodziło jedynie o pikanie i syreni głos spikerki, powiadamiający nas która jest godzina, wystarczało by powiedzieć, że pikacz pika, spikerka gada do mikrofonu, nadajnik nadaje, fale radiowe targają to do odbiornika, a on przekazuje. I już można sobie snuć dalej.
Tak przy okazji, to sześć piknięć („the pips”), gdzie początek szóstego, dłuższego, oznacza dokładnie zapowiedzianą godzinę, po raz pierwszy nadało BBC w roku 1924.
No, ale to już świat „fonii”. W łączności profesjonalnej, na daleki dystans, jeszcze długo królowało nadawanie telegrafią ręczną, czyli znakami alfabetu Morse'a.

Nawigacja desperacko potrzebowała czasu z radia już dużo wcześniej. Jak wiemy, czas astronomiczny określały obserwatoria na podstawie obserwacji momentu przejścia gwiazd stałych przez lokalny południk. Wyznaczany w ten sposób czas uniwersalny był wystarczająco dokładny. Sygnały czasu doprowadzane były przewodami do urzędów w portach i kul czasu, ale nadal statki na morzu były skazane na siebie.
W 1910 roku uruchomiono radiostację w Norddeich, niedaleko Wilhelmshaven. Była to pierwsza radiostacja wielkiej mocy, przeznaczona wyłącznie do komunikacji ze statkami i okrętami na morzu. Oprócz wymiany depesz, o pełnych godzinach nadawała ona sygnały czasu, umożliwiające regulację chronometrów. Sygnały czasu były emitowane także przez nadajniki w Nauen (koło Berlina) i w Paryżu na wieży Eiffla.
Co nieco dla zilustrownia klimatu tych czasów:
http://www.pust-norden.de/gal-uhorn-alt_gb.htm
Zasięg dwustronnej łączności telegraficznej z Norddeich wynosił około 1500 km, ale sygnały czasu były odbierane nawet w odległości 4000 km. Dokładność nie była wielka: 0,2 do 0,6 sekundy (plus czas propagacji sygnału kablem i radiem), bo radiooperator ręcznie „ze słuchu” uruchamiał zegar pokładowy, którego czas porównywano z chronometrem.

Bardzo szybko wszystkie liczące się na morzu kraje wprowadziły podobne transmisje. Każdy w swoim języku i w swoim standardzie. A wykryć moment uruchomienia zegarka lub stopera w powodzi znaków Morse'a, składającej się w tekst w obcym języku, to nie takie proste.
Już w 1913 roku ustalono międzynarodowy format telegraficznego sygnału czasu – tak zwana depesza ONOGO (czas: dwa znaki minuty, dwa sekundy):

Litery X co 10 sekund, od 57 00 do 57 49: – • •– – • •– – • •– – • •– – • • –
Litera O, od 57 55 do 58 00: – – –
Litera N, co 10 sekund, od 58 08 do 58 10: – • – • – • – • – •
Litera O, od 58 55 do 59 00: – – –
Litera G, co 10 sekund, od 59 06 do 59 10: – – • – – • – – • – – • – – •
Litera O, od 59 55 do 60 00: – – –

Tak zwany nowy format ONOGO różni się jedynie podawaniem sześciu kropek zamiast litery O. Wymagana dokładność przy nadawaniu automatycznym to 0,05 sekundy, dla nadawania ręcznego (kluczem) 0,25 sekundy.

W latach dwudziestych do użytku weszły dedykowane radiostacje, przeznaczone dla potrzeb nawigacji – tak zwane radiolatarnie.
Oczywiście namierzanie kierunku nadających radiostacji stosowano właściwie od początku łączności radiowej ze statkami na morzu, ale było to mało dokładne, szczególnie radionamierzanie ze statku. Na przeszkodzie stały głównie anteny przeznaczone do odbioru sygnałów ze wszystkich stron. Aby uzyskać odbiór kierunkowy, radiooperator posługiwał się ręczną anteną ramową, którą szukał kierunku, z którego nadejdzie najgłośniejszy sygnał. Z odległości stu mil morskich dokładność namiaru tą metodą rzędu 15 – 20 stopni była uważana za dobrą.
Znacznie dokładniejsze były radiolatarnie kierunkowe Marconiego, emitujące kierunkową wiązkę fal radiowych, obracaną równomiernie raz na minutę. Czas upływający między początkiem pełnej minuty a momentem odebrania sygnału radiowego zależy od kierunku na obserwatora z odbiornikiem radiowym; jeśli dysponowało się dokładnie chodzącym zegarem, kierunek względem radiolatarni był wskazywany po prostu przez sekundnik.
I tu bardzo przydawała się możliwość wcześniejszego ustawienia chronometru co do sekundy za pomocą radiowego sygnału ONOGO.

Tu trzeba sobie coś wyjaśnić na temat tych chronometrów. Otóż prawdziwy chronometr okrętowy, umieszczony w skrzyneczce z kardanowym zawieszeniem i zdolny utrzymać dokładność 0,1 sekundy na dobę, miały tylko duże statki i okręty wojenne. Reszta, w tym zupełnie spore żaglowce i parowce, bujała się z różnej jakości zegarami pokładowymi. A przybrzeżne krypy, kutry i kabotażowce miały za chronometr najczęściej kieszonkę szypra, powieszoną na zagiętym gwoździu.

Zresztą niewiele później, bo na początku lat 30, Telefunken wprowadził ulepszone radiolatarnie z obracaną wiązką, które miały dodatkowy nadajnik bezkierunkowy, emitujący sygnał pełnej minuty. Ponadto były one dokładniejsze, albowiem ich anteny były nieruchome – obracanie wiązki załatwiano elektronicznie.

Tak na marginesie: sygnały czasu z Deutsche Seewarte (urzędu hydrograficznego), nadawane z Nauen, były od 1929 do końca II wojny światowej podstawowym sygnałem czasu dla Wehrmachtu.

Maszynowo nadawane sygnały ONOGO musiały wystarczyć mniej więcej do połowy lat 50. Zresztą w czasie II wojny światowej skonstruowano urządzenia do ich automatycznego odbioru o retranslacji. Poza tym to domena bardziej wojskowych i rządowych systemów łączności, niż samej transmisji czasu.
Rzecz ciekawa, opis depesz ONOGO znajdujemy jeszcze w amerykańskim spisie radiostacji nautycznych z roku 2005 (w późniejszych już nie).
Oczywiście konstruowano bardzo wymyślne systemy synchronizacji sieci telekomunikacyjnych, co było wymuszone przez rosnącą jak diabli ilość użytkowników tych sieci. Na liniach magistralnych (międzymiastowych i międzynarodowych) trzeba było pakować jak największą liczbę połączeń, np. telefonicznych, w jeden przewód – inaczej cała zabawa kosztowałaby tyle, co przed wojną.
Szaremu (i białemu zresztą też) człowiekowi musiała wystarczyć zegarynka w telefonie i pikanie z radia.


A może mamy większe wymagania? Może chcemy mieć zegar, który sam się ustawi i będzie pokazywał zawsze dokładny czas z dokładnością, którą zaimponujemy znajomym?
Może chcemy, by ten zegar sterował nam ogrzewaniem i gadżetami w domu? Albo zegarami wtórnymi i rejestracją czasu pracy w firmie?
Może jesteśmy armatorem i mamy dość błędów, opóźnień i chronometrów w pięknych skrzyneczkach? A może tylko nawigatorem, i zamiast liczyć i kreślić wolelibyśmy współrzędne do odczytania i naniesienia na mapę? Albo w ogóle samowykreślające się na papierze.
Może musimy zapewnić dokładny czas wielkiemu systemowi, na przykład kolei, gdzie automaty ustawiają przebiegi pociągów często w miejscach, gdzie z osławionej telekomunikacji jest raptem telefon na korbkę?
A może to na przykład kontrola ruchu lotniczego, w którą wchodzą, krążą po dziesiątkach systemów i wychodzą miliony informacji dziennie? A każda musi mieć „stempelek czasu”, pasujący do wszystkich innych na świecie. I w dodatku musimy zachować maksymalną odporność na awarie tzw. infrastruktury.

Na szczęście mamy radio. Tylko wypadałoby zmusić je do podawania nam po pierwsze sygnału, który automatycznie, szybko i bezbłędnie ustawi nam zegary i poda datę. Ponadto ma to robić stale, minuta po minucie. I jeszcze drobnostka: urządza nas dokładność 1 sekundy na parę tysięcy lat.
Bądźmy też realistami: możemy przystać na w sumie co najwyżej 24 godziny rocznie bez sygnału. Przecież nie jesteśmy aż takimi lamusami; zapewniliśmy sobie pewną autonomiczność.

Technika na takie dictum zwykle odpowiada: „mówisz – masz”.
Technicy na życzenie dają spragnionemu wodę, małpie brzytwę, politykowi elektorat. Zwykle sobie przy okazji stryczek. Zabawni, no nie? :)

Ciąg dalszy nastąpi.

:
No to z niecierpliwością czekamy na kolejne przygody czasu :))

Odpowiedz do tematu
Skocz do:  

Pełna wersja forum
Powered by phpBB © phpBB Group
Design by Vagito.Net | Lo-Fi Mod.