Tematem dzisiejszej prezentacji jest zmęczony życiem Elginek z około 1910 roku. Jest to duży mechanizm (rozm. 18 model 8), do tego w dużej, nawet jak na ten rozmiar, kopercie wykonanej ze stopu niklu. Model 8 to duży mechanizm zaprojektowany na potrzeby produkcji nowoczesnych, wysokiej klasy chronometrów - produkowano 3 wersje, 18 kamieniową B.W.Raymond, 21-23 kamieniową Father Time oraz topową, 23 kamieniową - Veritas. Wszystkie 3 wersje cechowała świetna jakość wykończeń tak płyt jak i części oraz fabryczna regulacja w 5 pozycjach, by zegarki spełniały wymogi amerykańskich linii kolejowych. Do ustawiania godziny służyła oczywiście dźwignia. Dzięki zastosowaniu dużego bębna sprężyny uzyskano wyższą rezerwę chodu. Widoczny tu mechanizm Father Time to najładniejsza wersja z taką sygnaturą, z pięknie stylizowanymi, złotymi napisami, diamentowymi nakrywkami w łożyskach balansu, złotymi oprawkami rubinowych kamieni (po stronie górnej) oraz z "odwróconym", bezpiecznym bębnem sprężyny.
Rozwiązanie to polega na tym, że gdy nakręcamy sprężynę zegarka, obraca się cały bęben, natomiast wewnętrzny koniec sprężyny napędza centralny wałek połączony z pierwszym kołem przekładni chodu. Dzięki temu w razie pęknięcia sprężyny cała siła uderzenia idzie w mechanizm naciągowy, a nie na przekładnię chodu i wychwyt. O tyle lepsze od jednokierunkowej zębatki na kole centralnym, ze ta druga czasami potrafi się zapiec i traci swoje właściwości.
Jak widać, zegarek nie miał łatwego życia. Dekiel ma podłużne pęknięcie na około 1/4-1/3 obwodu. Szkiełko zamocowano uderzając w brzeg lunety co ok 5mm, a wskazówka sekundowa, króciutka i na okropnej, dorabianej tulejce wygląda okropnie, ale to najmniejsze z wad zegarka. Podstawowym problemem jest balans - nie całkiem płaski, na naprawianej, za krótkiej osi i z krzywym włosem. Jak się okazuje ostatni zwój spirali wygięty jest w górę dużo przed fabrycznym zagięciem, co powodowało ocieranie górnego zwoju o półmostek balansu... Z tego wynikają kolejne "znaleziska" - wygięty w dół mostek balansu (!) oraz zeszlifowany półmostek kotwicy z oprawką kamienia nakrywkowego, bo balans się ocierał (!!!). Ponadto - jak mniemam - ten sam majster "poczęstował się" chyba złotymi wkrętami balansu, bo jakkolwiek balans wygląda na oryginalny (nr seryjny może się zgadza, ale cieżko go odczytać), wkręty są mosiężne. I jeszcze jest jakiś lut na obręczy przy ramionach, żeby zwiększyc masę... Fuj! Dodatkowo mamy tu także nieco zgięty górny czop osi balansowej i przerzutnik (metalowy, wlutowany).
Na zdjęciu poniżej - poprawiłem włos. Nie jest idealny, ale by już tyle razy gięty, że jak poprawiam jedno, psuję drugie i tak wypracowałem idealny kompromis... Jak widać ostatni zwój, przedtem wygięty w górę, teraz jest wygięty minimalnie w dół, ale już naprawdę mam tak dość tego włosa (godzinę mi to zajęło!!!), że zostawię jak jest. Pracuje zupełnie przyzwoicie, zwoje nie dotykają się wzajemnie, ani tez okolicznych elementów mechanizmu, odstępy są równe - musi tak być.
Skrzywiony czop dał się łatwo wyprostować - stosuję rozgrzaną (porządnie) pęsetę filatelistyczną - płaska, szeroką i dość miękką zarazem, więc siły nacisku są małe i czop z reguły powolutku się prostuje. Czasem zdarza się oczywiście złamać, ale z reguły idzie pięknie

Druga sprawa - półmostek kotwicy. Teoretycznie najlepiej byłoby kupić nową nakrywkę i podmienić, ale znów - balans by obcierał, a nie mam ochoty brać się za wymianę osi, prostowanie półmostka balansu... Swoje już to wycierpiało i jak pracuje przyzwoicie (choć nie idealnie poziomo), to nich zostanie. Także wypolerowałem oprawkę kamienia razem z zeszlifowanym końcem półmostka, najpierw zgrubsza (tak, to wiertarka udarowa


Perfekcyjne to łożysko już nigdy nie będzie, ale jest "o niebo" lepiej

Pierwotnie chciałem w tym miejscu zakończyć sprawę, ale skoro juz tak dużo wymontowałem, to wykręciłem jeszcze parę śrubek i rozebrałem mechanizm "do rosołu".
O dziwo miałem pewien problem z wymontowaniem mostka 4 koła przekładni i koła wychwytowego, co zapowiadało problemy...
jak widać - wykończenia niczego sobie. Tak główna płyta (z obu stron, "lustrzana" polerka na elementach stalowych, przykręcane szatony pod tarczą), jak bęben sprężyny (też z obu stron) oraz koła przekładni i mostki (ale te juz tylko od góry).
Warto zauważyć również lustrzane wykończenie bocznych powierzchni mechanizmu.
Widoczne, górne powierzchnie kół mechanizmu zostały pozłocone, a kanty pięknie przeszlifowane. Podobnej obróbce poddano stalowe elementy wychwytu.
Przerzutnik oczywiście podwójny, palety szafirowe (nie wiem dlaczego - Amerykanie w topowych mechanizmach stosowali palety z szafiru, który teoretycznie nie różni się od rubinu pod względem właściwości. Niektórzy producenci nawet zamieszczali stosowna informację na płytach...).
W przebiegu poprzedniej "naprawy" zniknęła sprężynka zwiększajaca precyzję pracy elginowskiego regulatora chodu (spodnia strona mostka balansu), wkręty są mosiężne, tu nawiercone, tam podpiłowane, trochę cyny gdzeniegdzie - beznadziejna taka robota...
Zwłaszcza, ze założę się, że fabryczny zestaw był idealny, tylko się komuś "spodobał".
Do tego widać uszkodzone, mocowane na siłę dolne łożysko balansu (niestety nie mam żeby wymienić

Majster co się zowie

Stalowe elementy remontoir'u - typowe dla amerykańskich zegarków z tamtej epoki - beczka i półbeczka na połowie wałka mocowanej w mechanizmie.
Na szczęscie odciski palców dały się łatwo usunąć - nie skorodowało.
Montaż takiego mechanizmu przebiega typowo. Nie wiem natomiast dlaczego, ale wspomniany mostek 4 koła przekładni i (co gorsza) wychwytu nie wskakuje na miejsce tak lekko jak powinien. Być moze zegarek upadł i ma tam jakies minimalne wypaczenie kształtu płyty (nie widzę), ale nawet "na sucho", bez kół potrzeba sporo siły by wcisnąć go na miejsce, w sam raz tyle ile trzeba by wyłamać czop osi koła wychwytowego.
Próbowałem kilka razy założyć go i zdjać, ale nie pomogło. Rozwiercać ładnie wykończonych otworków (ani opiłowywać bolców) nie chciałem, więc przez pół godziny, klnąc na czym świat stoi, walczyłem z jednym mostkiem (!). Koniec końców udało się go zamontować nie uszkadzając czopów, ale co się uszarpałem, to moje.
Jak mostek już siedział mocno na płycie głównej, chciałem sięgnąć pęsetą po śrubkę, ale ręce mi się tak trzęsły, że musiałem zrobić przerwę - KOSZMAR!!!
Dalej już było dośc łatwo...
Wydaje mi się, ze jedna z palet jest nieco za głeboko osadzona w kotwicy, no i zostało jeszcze pęknięte łożysko balansu, ale tego już nie ruszałem. Palet z zasady nie tykam, a łożyska balansu akurat ne mam. Nie ruszałem też wlutowanego przerzutnika, bo co niby mam z nim teraz zrobić???
Niemniej - jest postęp, i to spory. Zegarek chodzi. Jak na jego stan nawet zaskakująco dobrze.
Widać Elgina nie tak łatwo wykończyć, mimo iż ktoś bardzo się starał

Acha, porządny, ładny sekundniczek na koniec

Tarcza - o dziwo, niemal idealna...
Oczywiscie przepraszam, jeśli uraziłem jakiegoś kowala... Tak się mówi, po prostu, nic więcej
